Jedna Ewangelia, dwie epoki. Franciszek i Maksymilian
Rocznica urodzin św. Maksymiliana (8 stycznia 1894) jest dobrą okazją, by sięgnąć do tekstu o. dra Piotra Bielenina OFMConv o duchowym pokrewieństwie dwóch świętych: Franciszka i Maksymiliana. Żyli w różnych epokach, ale pokazali, że Ewangelia w każdej epoce może kształtować życie konsekwentnie przeżywane - w pokoju, ubóstwie i apostolstwie.

Kazanie św. Franciszka
Pewnego dnia św. Franciszek, wychodząc z klasztoru, napotkał brata Jałowca. Był on bardzo prostym, dobrym człowiekiem i św. Franciszek bardzo go kochał. Spotkawszy go, powiedział:
– Bracie Jałowcze, chodź ze mną, będziemy głosić kazanie.
– Ojcze mój – odpowiedział brat – wiesz przecież, że jestem mało wykształcony. Czy mogę więc przemawiać do ludzi? Św. Franciszek nalegał jednak i brat Jałowiec wreszcie się zgodził. Wędrowali przez całe miasto, modląc się w ciszy za wszystkich tych, którzy pracowali w warsztatach i ogrodach. Uśmiechali się do dzieci, szczególnie tych bardzo biednych. Zamieniali po kilka słów z najstarszymi. Tulili chorych. Pomogli pewnej kobiecie dźwigać ciężki dzban z wodą. Kiedy przemierzyli już kilkakrotnie całe miasto, św. Franciszek powiedział:
– Bracie Jałowcze, czas byśmy powrócili do klasztoru.
– A nasze kazanie? – zapytał brat Jałowiec.
– Wygłosiliśmy je już... Wygłosiliśmy – odpowiedział z uśmiechem Święty.
Z pewnością prawie wszyscy słyszeli tę opowieść, ujętą w tych czy podobnych słowach. Ale pewnie niewielu z was wie, że na próżno szukalibyśmy jej w hagiografii św. Franciszka, w tak zwanych źródłach franciszkańskich, czyli biografiach, które powstały w pierwszych dwóch wiekach po śmierci Asyżanina. To opowiadanie to tak zwany „apokryf franciszkański”, który powstał w latach 80. XX w., a jego autorem jest – na ile udało mi się ustalić, bo nie wiem czy nie inspirował się jakimś wcześniejszym tekstem – włoski salezjanin, ks. Bruno Ferrero. Podobnie apokryfem franciszkańskim jest przypisywana powszechnie św. Franciszkowi modlitwa o pokój: „Panie uczyń z nas narzędzie Twojego pokoju”, która w rzeczywistości powstała w 1912 r. w Normandii. I choć historia obu tych tekstów jest stosunkowo krótka, to jednak doskonale oddają one ducha franciszkańskiego i w zwięzły sposób przekazują najistotniejsze cechy duchowości św. Franciszka i tych wszystkich, którzy idąc za Chrystusem, zainspirowali się życiem Poverella.
Misja Franciszka
Wysłuchanie przez św. Franciszka w jeden z poranków 1208 roku fragmentu o rozesłaniu Apostołów (Mt 10, 7-13 lub Łk 9, 1-6), poskutkowało decyzją Franciszka-pokutnika o opuszczeniu życia pustelniczego i poświęceniu się przepowiadaniu Królestwa Bożego i pokoju (por. 1Cel 22-23). Było to równocześnie zerwanie z przeszłością i wyklarowanie się jego powołania. Franciszek znalazł wreszcie odpowiedź na swoją modlitwę o rozjaśnienie ciemności jego serca (por. MpK). Od tego momentu Asyżanin – ubogi, tak, jak Apostołowie – wyruszył na drogi świata, aby spotykać ludzi-braci i głosić im Królestwo, zapraszać do nawrócenia i przynosić wszystkim dar pokoju.
Bezpośrednia inspiracja odnaleziona na kartach Ewangelii spowodowała, że Franciszek poczuł swoją misję, jako powołanie do apostolatu, jako odtworzenie życia ewangelicznego na wzór uczniów Jezusa, a nie na wzór pierwotnego Kościoła Jerozolimskiego, który był modelem dla życia zakonnego w przeszłości i ówcześnie. Franciszek odrzucił również model, który przyjął wcześniej: życie pustelnicze – naśladowanie Jana Chrzciciela, jego patrona, którego kult zachował do końca życia. Zrozumienie tego pozwala lepiej zrozumieć różnicę pomiędzy tradycyjnym modelem życia zakonnego a nowatorskim wyborem życia ewangelicznego przez Franciszka.
Według świadectwa Ewangelii, powołanie uczniów realizuje się w następujący sposób (por. Mk 3, 13-19; Mt 10, 1-42): przebywając z Jezusem i dzieląc Jego życie oraz biorąc aktywny udział w Jego posłannictwie.
Franciszek realizuje swoje powołanie właśnie w tych dwóch kierunkach. Przebywanie z Jezusem poprzez życie modlitwy, kontemplację. Udział w Jego posłannictwie poprzez wędrowne kaznodziejstwo, przykład życia ewangelicznego i wezwanie do nawrócenia. Zarówno pisma Franciszka jak i jego biografie przedstawiają go zarówno jako modlącego się i śpiewającego na chwałę Bożą, jak i jako ewangelizującego poprzez wędrowne kaznodziejstwo, listy kierowane do różnych osób czy środowisk, ale przede wszystkim poprzez osobisty przykład jako człowieka, dla którego Ewangelia stała się programem życia.
Jednym słowem można powiedzieć, że misja Franciszka wspiera się na dwóch kolumnach: kontemplacji i apostolacie. Pierwsza konkretyzuje się poprzez życie pokuty, posty, uczynki miłosierdzia. Druga – przez wędrowne głoszenie potrzeby nawrócenia się do Boga i w zaproszenie do życia według Jego przykazań poprzez świadectwo życia, pracę, proste słowa. Ten właśnie – oryginalny w stosunku do zwyczajów ówczesnych – sposób stał się przedmiotem mandatu udzielonego przez papieża Innocentego III Franciszkowi do głoszenia pokuty. To powołanie – misja, troskliwie strzeżona i broniona przez Franciszka – stało się również misją jego pierwszych towarzyszy, a potem całej powstałej rodziny zakonnej.
Franciszek i jego bracia zostają posłani do świata, który nie stanowi dla nich wrogiego środowiska, od którego trzeba się odizolować, ale miejscem uświęcenia. Drugi człowiek to nie przeszkoda, a tym bardziej wróg, ale bliźni, brat czy siostra, którzy wymagają ewangelizacji, podzielenia się z nimi Dobrą Nowiną o Bożej miłości i zbawieniu w Jezusie Chrystusie.
Rozważając powołanie Franciszka w Kościele i dla Kościoła, nie wolno zapominać czy nie doceniać jego żywej świadomości tego, że on sam, a także jego bracia otrzymali misję wykraczającą poza ramy Kościoła, jako ciała społeczno-sakramentalnego. Franciszek był przekonany, że otrzymał zadanie głoszenia miłości Boga i Jezusa Chrystusa wszystkim ludziom, także obojętnym, dalekim czy „niewiernym” (por. 1LW 1, 1Reg 23,7), a wreszcie także zwierzętom czy innym stworzeniom.
Franciszek nie zna przeszkód w realizacji swojego ewangelicznego posłannictwa. Przekracza granice świadomości kościelnej i kulturowej swojego czasu i pozostawia swoim synom intuicję i zapał ewangeliczny, któremu oni pozostali wierni przez wieki, ale który może dopiero dzisiaj jesteśmy w stanie w pełni dowartościować. Franciszek był człowiekiem apostolstwa, był także „vir catholicus” – człowiekiem powszechnym, w pełnym tego słowa znaczeniu: otwartym na wszystkich, bratem wszystkich, dłużnym wobec wszystkich za dar łaski otrzymanej od Pana.
Zgodność między życiem a głoszonym słowem
Św. Franciszek doskonale zdawał sobie sprawę, że skuteczne apostolstwo na pierwszym miejscu wymaga osobistego świadectwa. W Regule niezatwierdzonej pisze wprost: „Wszyscy bracia niech głoszą kazania sposobem życia” 1Reg 41.
Następnie uściśla, jak ten konkretny sposób życia ma wyglądać. Oczywiście cała Reguła jest sposobem życia franciszkańskiego, ale niektóre jej fragmenty mówią wprost o postawie braci wobec innych i o sposobie ich świadectwa. Sięgnijmy ponownie do Reguły niezatwierdzonej: „I gdziekolwiek bracia byliby i w jakimkolwiek «miejscu spotkaliby się, niech okazują sobie nawzajem poważanie i szacunek w duchu z miłością, bez narzekania (por. 1 P 4, 9). I niech strzegą się, aby swym zewnętrznym wyglądem nie robili wrażenia smutnych i posępnych obłudników; lecz niech okazują się radosnymi w Panu (por. Flp 4, 4) i pogodnymi, i miłymi», i życzliwymi” 1Reg 69.
W Regule zatwierdzonej zawiera następujące wskazania: „Upominam ich i przestrzegam, aby nie gardzili ludźmi i nie sądzili ich, gdy zobaczą ich ubranych w miękkie i barwne szaty i spożywających wyszukane potrawy i napoje, lecz niech każdy raczej siebie samego sądzi i sobą gardzi” 2Reg 2. A w innym miejscu dodaje: „Radzę moim braciom w Panu Jezusie Chrystusie, upominam ich i zachęcam, aby idąc przez świat nie wszczynali kłótni, nie spierali się słowami i nie sądzili innych; lecz niech będą cisi, spokojni i skromni, łagodni i pokorni, mówiąc ze wszystkimi przyzwoicie, jak przystoi” 2Reg 3.
W Rozdziale 10. dodaje: „Upominam i zachęcam w Panu Jezusie Chrystusie, aby bracia wystrzegali się wszelkiej pychy, próżnej chwały; zazdrości, chciwości, troski i ubiegania się o rzeczy tego świata, obmowy i szemrania. Ci, którzy nie umieją czytać, niech się o to nie starają; lecz niech się troszczą o to, czego nade wszystko powinni pragnąć, aby mieć Ducha Pańskiego i otworzyć się na jego święte działanie, modlić się zawsze do Boga czystym sercem, mieć pokorę i cierpliwość w prześladowaniu i chorobie, i miłować tych, którzy nas prześladują, ganią i obwiniają, bo mówi Pan: «Miłujcie nieprzyjaciół waszych, a módlcie się za prześladujących i spotwarzających was. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem ich jest królestwo niebieskie. Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony»” 2Reg 10.
Prawdziwą skarbnicą duchową są Napomnienia, krótkie teksty, w których św. Franciszek dzieli się bardzo konkretnymi wskazówkami dotyczącymi postępowania z braćmi i wszystkimi, którzy chcą naśladować Chrystusa. Choć warto ze wszystkimi się zapoznać, z powodu szczupłości czasu, jako przykład przywołam tylko dwa teksty spośród aż 28: „Błogosławiony sługa, który tak kochałby swego brata chorego, który nie może mu oddać przysługi, jak kocha zdrowego, który może mu pomóc” Nap 24. „Błogosławiony sługa, który tak kochałby i szanował swego brata będącego daleko od niego, jak gdyby był z nim i nie mówiłby w jego obecności tego, czego nie mógłby powiedzieć z miłością w jego obecności” Nap 25.
Święty daje także konkretne wskazania, jak w praktyce ma wyglądać głoszenie słowa Bożego: „Upominam i zachęcam tychże braci, aby w kazaniach, które głoszą, słowa ich były rozważne i proste, dla pożytku i zbudowania ludu. Niech mówią o wadach i cnotach, o karze i chwale w słowach zwięzłych, bo Pan krótko przemawiał na ziemi” 2Reg 9. A w Pierwszym liście do kustoszów zwraca się z takim wezwaniem: „I w każdym kazaniu, które głosicie, nakłaniajcie lud do pokuty i [przypominajcie], że nikt nie może zbawić się, jeśli nie przyjmuje Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (por. J 6, 54); a gdy kapłan je konsekruje na ołtarzu i na inne miejsce przenosi, niech wszyscy ludzie na klęczkach oddają chwałę, uwielbienie i cześć Panu Bogu żywemu i prawdziwemu. I Jego chwałę tak głoście i opowiadajcie wszystkim narodom, aby o każdej godzinie i na głos dzwonu wszystek lud na całej ziemi zawsze oddawał chwałę i składał dzięki Bogu Wszechmogącemu” 1LK.
Także teksty biograficzne ukazują Franciszka nie tylko, jako wzór postępowania, ale przywołują również jego słowa, w których zachęca braci to takiej samej postawy: „Jego duch uniżał się pokornie, wszystkich pokrzepiając i wszystkim okazując cześć. Czcił kapłanów Kościoła, poważał starszych, darzył szacunkiem szlachetnie urodzonych i bogatych, ubogich zaś serdecznie kochał. Trwając w pokoju z ludźmi wszystkich warstw, troskliwie upominał braci, by czynili to samo. Mówił im: «Jak oznajmiacie pokój ustami, tak zachowujcie go sercem, aby nikt nie był przez was przywiedziony do złości lub zgorszenia, lecz raczej do życzliwości i łagodności. Bo do tego jesteśmy powołani, by uzdrawiać zranionych, wzmacniać złamanych, przywoływać z powrotem zabłąkanych (por. Ez 34,4). Liczni, którzy wydają się nam członkami diabła, będą jeszcze uczniami Chrystusa»” Bernard z Bessy 3.17-20.
I prawie identyczny w brzmieniu tekst z biografii nazywanej Anonimem z Perugii: „Było bowiem jego wielkim pragnieniem, żeby on sam i jego bracia zawsze dokonywali takich czynów, dzięki którym Pan byłby chwalony. Mówił im: «Jak ustami głosicie pokój, tak jeszcze więcej pokoju miejcie w swych sercach, abyście nikogo nie pobudzali do gniewu i do zgorszenia; ale byście przez wasz pokój i uprzejmość wszystkich przywoływali do pokoju i dobroci. Bo wszyscy jesteśmy powołani, by leczyć zranionych, wiązać złamanych, i przywoływać zbłąkanych. Wielu z tych, co wydawało się należeć do diabła, będzie jeszcze uczniami Chrystusa»” Anonim z Perugii 38, 6-9.
To jeden z moich ulubionych tekstów. Nie tyle dlatego, że mówi o celu powołania i skuteczności przepowiadania, ale przede wszystkim z powodu nasycenia go nadzieją franciszkańską i zachętą, żeby nigdy i nikogo nie przekreślać, ale ufać, że Bóg i najgorszego grzesznika może powołać i uczynić swoim sługą!
Wreszcie osobną kategorię apostolstwa przykładu stanowią opisane w biografiach zachowania św. Franciszka, w jakiś sposób wyreżyserowane przez niego, aby przekazać konkretne pouczenie. Niech jako przykład posłuży fragment o posiłku w Greccio ze Zbioru Asyskiego, opisany także w Memoriale autorstwa br. Tomasza z Celano oraz w Zwierciadle doskonałości: „Swego czasu pewien minister braci przybył do błogosławionego Franciszka, który przebywał wówczas w tym samym klasztorze, aby z nim obchodzić święto Narodzenia Pana. I tak się złożyło, że błogosławiony Franciszek przyszedł z celi na posiłek, gdy miejscowi bracia z okazji przybycia owego ministra w dzień Bożego Narodzenia odświętnie nakryli stoły pięknymi białymi obrusami, o które się postarali, i [postawili na nim] szklane naczynia do picia. I gdy zobaczył stół podwyższony i tak elegancko nakryty, poszedł dyskretnie i wziął od jakiegoś ubogiego, który przyszedł tam tego samego dnia, kapelusz i laskę, którą tamten trzymał w rękach. I zawołał ściszonym głosem jednego ze swoich towarzyszy i wyszedł na zewnątrz przez drzwi romitorium, o czym nie wiedzieli pozostali bracia w domu. Tymczasem bracia zasiedli do stołu, zwłaszcza że kiedyś [został ustalony przez] świętego Ojca zwyczaj, że jeśli nie przychodził punktualnie w godzinie posiłku, a bracia chcieli zaczynać, zezwalał, aby bracia zasiadali do stołu i jedli. Jego towarzysz zamknął drzwi, pozostając wewnątrz przy drzwiach. Błogosławiony Franciszek zapukał do drzwi [romitorium], a on natychmiast mu otworzył; i wszedł jak pielgrzym z kapeluszem na plecach i laską w ręku. A gdy przyszedł przed drzwi pokoju, w którym bracia jedli, zawołał jak ubogi, mówiąc do braci: «Dla miłości Pana Boga dajcie jałmużnę temu ubogiemu i choremu pielgrzymowi». Minister i inni bracia natychmiast go rozpoznali. A minister odpowiedział mu: «Bracie, my podobnie jesteśmy ubodzy, a ponieważ jest nas wielu, są nam konieczne jałmużny, którymi się żywimy, lecz dla miłości tego Pana, którego wezwałeś, wejdź tu, a damy ci coś z jałmużn, których nam Pan udzielił». I gdy wszedł i stanął przed stołem braci, minister dał mu półmisek, z którego jadł, oraz kawałek chleba. A on wziął to i usiadł na ziemi przy ogniu, w obecności braci siedzących wysoko przy stole, wzdychając powiedział do braci: «Gdy zobaczyłem stół świątecznie i elegancko nakryty, stwierdziłem, że nie jest to stół ubogich zakonników, którzy codziennie chodzą od drzwi do drzwi [po jałmużnę]. Albowiem nam bardziej niż innym zakonnikom wypada naśladować we wszystkim tego rodzaju przykład pokory i ubóstwa, ponieważ do tego zostaliśmy powołani i wobec Boga i ludzi to przyrzekliśmy zachowywać. Stąd też wydaje mi się, że teraz siedzę tak jak powinien siedzieć brat mniejszy». I zawstydzili się bracia z tego powodu, wiedząc, że błogosławiony Franciszek mówił prawdę, a niektórzy z nich zaczęli głośno płakać, widząc, jak siedział na ziemi, oraz że w taki święty i delikatny sposób chciał ich pouczyć. Mówił również, iż bracia powinni mieć stoły tak pokorne i skromne, aby ludzie świeccy mogli tym być zbudowani; a jeżeli bracia zaprosiliby jakiegoś ubogiego, niech usiądzie razem z nimi [przy stole], a nie ubogi na ziemi, a bracia wysoko” ZA 74.
Franciszek świadomy wagi dobrego przykładu smucił się wieściami na temat negatywnego zachowania niektórych braci. Z drugiej strony, odczuwał głęboką radość za każdym razem, kiedy słyszał o ich dobrym zachowaniu. Szeroko opisuje to br. Tomasz Celano w Memoriale, czyli tym życiorysie św. Franciszka, który był skierowany do braci. Tu jako przykładu użyjemy tylko jednego, pozytywnego fragmentu: „[Św. Franciszek] Twierdził, że Pan posłał braci mniejszych w tych ostatnich czasach po to, żeby tym, których ogarnęła ciemność grzechów, pokazywali przykłady światła. Mawiał, że kiedy słyszy o wielkich dziełach świętych braci, rozsianych szeroko po świecie, to napełnia go jak najsłodsza woń i namaszcza go moc drogocennego balsamu. (…) Święty radował się z takich zdarzeń, gdy słyszał, że jego synowie dają z siebie przykłady świętości, a tym braciom, co słowem lub czynem przywodzili grzeszników do miłości Chrystusa, udzielał błogosławieństwa, ze wszech miar godnych przyjęcia. Chciał, żeby jego synowie prawdziwie upodobniali się do niego w trosce o dusze, jaka go całkowicie przepełniała” 2Cel 155.
Sam Franciszek wiedział, jak ważną rolę odgrywa dla braci jego osobisty przykład. To jego życie i postępowanie było komentarzem do Reguły. Nieprzypadkowo opisywane było później w życiorysach jako forma minorum, według której bracia mieli kształtować swoje powołanie. Równocześnie Asyżanin nieustannie czuwał, żeby z powodu własnego wyniesienia nie wpaść w pychę. I tak, w odnalezionym przed kilku laty Żywocie naszego ojca, błogosławionego Franciszka, Tomasz z Celano poświadcza to w zaiste humorystycznym epizodzie: „Lecz chociaż [św. Franciszek] był gotowy napominać innych, czyniąc to raczej życiem niż mową, to jednak jeszcze bardziej był gotowy na to, by go napominano i poprawiano. Bo gdy pewnego dnia wieziony na osiołku przejeżdżał przez pola pewnego wieśniaka, który wówczas tam pracował, ten szybko do niego podbiegł, gorliwie dopytując się, czy to on jest bratem Franciszkiem. A gdy on odpowiedział: «Jestem», wieśniak rzekł: «Staraj się, bracie, być tak [dobrym], jak o tobie mówią ludzie. Bo wielu pokłada w tobie nadzieję. Napominam: niech nigdy nie będzie inaczej, niż oni sądzą». Boży święty, słysząc te słowa, zsunął się z osła na ziemię i upadłszy przed wieśniakiem, całował jego stopy, dziękując mu, że raczył go napomnieć” ŻNOBF 59. Trudno bez uśmiechu wyobrazić sobie tę scenę z wieśniakiem, który grozi św. Franciszkowi palcem!
Najdobitniejszym i ostatnim przykładem, jaki pozostawił braciom i wszystkim wiernym, była jego śmierć. Tak opisuje ją w Memoriale Tomasz z Celano: „Kiedy zbliżał się już do ostatnich dni, po których nadeszła dlań, pozbawionego światła doczesnego, światłość wiekuista, pokazał czynem, że nie miał nic wspólnego ze światem. Zmożony bardzo ciężką chorobą, co zamknęła serię wszystkich jego schorzeń, kazał się nagim położyć na gołej ziemi, iżby w tej ostatniej godzinie, w której wróg mógł jeszcze nacierać, jako «nagi walczył z nagim». Zaprawdę, nieustraszenie oczekiwał zwycięstwa i ze złożonymi rękami przyjmował wieniec sprawiedliwości. Po zdjęciu szaty z żebraczego worka położono go na ziemi. Jak zwykle twarz skierował ku niebu i cały wpatrywał się w jego chwałę. Lewą ręką zakrywał ranę w prawym boku, by jej nie widziano. I rzekł do braci: «Ja, co do mnie należało, zrobiłem; a co do was należy, niech nauczy was Chrystus!»” 2Cel 214.
Św. Franciszek napisał: „Reguła i życie braci mniejszych polega na zachowywaniu świętej Ewangelii Pana naszego Jezusa Chrystusa”. Dla franciszkanina Jezus jest zawsze ostatecznym wzorem życia i postępowania, co więcej, jest to Jezus ubogi i pokorny. Franciszkanin ma obowiązek – na wzór Jezusa – przejść przez życie czyniąc dobrze i wspomagając każdego człowieka. Nie tylko Franciszek staje się alter Christus, ale jest to powołanie każdego żyjącego jego duchowością.
Do osiągnięcia świętości nie ma innej drogi niż ta, wytyczona przez Jezusa w Ewangelii. „A cóż to jest uświęcenie? To nic innego, jak tylko wierne naśladowanie Pana Jezusa. Jakże to! – Czy potrafimy Boga naśladować? Przykład mamy u Boga-Człowieka. Święci nic innego nie robili, jak tylko odtwarzali życie Pana Jezusa. Im kto więcej odzwierciedli w sobie obraz Zbawiciela, ten tym więcej się uświęci. Zatem naśladowanie Pana Jezusa jest naszym zadaniem” KMK 31. „I zstępuje Bóg na ziemię, staje się człowiekiem; sam Bóg-Człowiek, Chrystus Jezus, świeci przykładem życia i naucza słowem. Dusze miłujące Boga tłumnie rzuciły się do kopiowania w sobie tego pierwowzoru, do upodabniania się do Niego, do zjednoczenia z Nim, przemiany w Niego. By dusze miłością do siebie pociągnąć i przemienić w siebie, okazał Chrystus Pan swą bezgraniczną miłość, swe Serce płonące miłością dusz, które kazało Mu wstąpić na krzyż, pozostać z nami w Eucharystii i wstępować do naszych dusz, i dać nam w testamencie swą własną Matkę za matkę. Im która dusza bardziej Go naśladuje, tym bardziej się do Niego upodobni, a im więcej się upodobni, tym więcej się uświęci, ubóstwi. Przypatrzmy się więc Jego życiu, by jak najlepiej je odkopiować” PMK 1209 (II, 723) – te dwie wypowiedzi, to słowa św. Maksymiliana Marii Kolbego.
Wśród wielu postaci świata franciszkańskiego – w oczywisty sposób biorąc pod uwagę miejsce, gdzie się znajdujemy i cel naszego spotkania – chcemy przyjrzeć się właśnie jemu. Nie przypadkiem święty papież, Jan Paweł II, jeszcze jako biskup krakowski nazwał go św. Franciszkiem XX w. (25 czerwca 1972). W o. Kolbem bez trudu można dostrzec spadkobiercę najbardziej autentycznej tradycji Zakonu oraz ścisłe pokrewieństwo ze św. Franciszkiem z Asyżu. O. Maksymilian był świadomy swojego uczestnictwa w historii franciszkańskiej, jako przedstawiciel kolejnego w niej pokolenia.
Tak pisał do młodzieży zakonnej w kolegiach franciszkańskich: „Każde pokolenie do prac i dorobku poprzednich pokoleń powinno dołożyć swoje własne prace. Nie inaczej rzecz się ma w życiu zakonu – a zatem i naszego [zakonu]. Cóż dołożymy? Mówią: Im dalej od założyciela, tym słabszy zakon; i często tak bywa. Lecz z tego nie wynika, że tak być powinno. Duch bowiem nie zna materialnych praw starzenia się, ale powinien rozwijać się bez ograniczeń. Nie jest owocem pokory prośba np. do św. O. Franciszka, aby «cząstkę» swojej miłości, albo chociażby i równą miłość Boga nam wyprosił, wtedy dopiero św. Ojciec będzie doskonale się radował, gdy przez niego będziemy prosić Boga o miłość większą niż on miał, i o nieskończenie większą. On chce «rozwijać» ducha swego w synach swoich, a nie stawia swojej świętości jako granicy naszej doskonałości. Nasienie złożone w Zakonie przez niego należy rozwijać «bez granic»” PMK 432 (t.1, s. 628).
O. Maksymilian miał jasną wizję Zakonu. Widział w nim doskonały środek na bolączki współczesnego mu świata. Tak pisał dalej we wspomnianym wyżej liście: „Byłem w wielu krajach, wiele widziałem, z rożnymi ludźmi rozmawiałem, ale wierzcie mi: nie ma bardziej odpowiedniego środka do zaradzenia złu naszego wieku, jak Zakon nasz Seraficki, jeśli śmiało, ochoczo, szybko i ustawicznie będzie rozwijał ducha św. O. Franciszka” PMK 432 (t. 1, s. 628).
Św. Maksymilian był świadomym synem Franciszka z Asyżu. Naturalnie można wskazać bardzo wiele obszarów, w których rozwijał ducha św. Franciszka. Szczegółowe ich omówienie wykracza poza ramy tego opracowania. Dlatego pozostaje nam skupić się na temacie apostolstwa.
To apostolstwo nadało kształt osobistemu powołaniu św. Franciszka i stało się dziedzictwem przekazanym przez niego całemu Zakonowi. To apostolstwo wypełniło życie zakonne i kapłańskie posługiwanie św. Maksymiliana. Otwarty na działanie Ducha Bożego i kierowany miłością do Niepokalanej, potrafił odczytywać współczesną mu rzeczywistość i odpowiadać na nią w kluczu Ewangelii, odwołując się do tradycji swojej rodziny zakonnej, a równocześnie – właśnie w imię twórczego jej odczytania – wskazywać nowatorskie formy apostolstwa, dziś już w wielu przypadkach powszechnie przyjęte w Kościele.
Św. Maksymilian w apostolstwie przyznawał prymat środkom natury nadprzyrodzonej – jak modlitwa czy umartwienie. Wykorzystywał apostolstwo poprzez prasę i książki, ale absolutnie nie zaniedbywał działalności misyjnej opierającej się na bezpośrednim spotkaniu z konkretnym człowiekiem.
Tak pisał w liście do o. Floriana Koziury, ówczesnego gwardiana Niepokalanowa: „Słowo drukowane, czy przesłane przez fale radiowe, albo obrazy czy drukiem, czy przez telewizję radiową przesłane, czy kino lub inne środki to dużo, ale jeszcze nie wszystko, by nauczyć wszystkich i każdego z osobna, kim jest Niepokalana i zagrzać do miłości ku Niej, a przede wszystkim rozpalić tą istotną miłością, miłością nie tyle uczucia, jak woli jednoczącej się z Wolą Niepokalanej, jak Ona Wolą swą ma ściśle zjednoczoną z Wolą Bożą, Sercem Boga. – Trzeba, zdaje mi się, by ci pracownicy pióra czy mikrofonu, czy ekranu, czy w inny sposób – wychylali się i poza ogrodzenie Niepokalanowa i jeździli, zbliżali się osobiście do dusz przez rekolekcje, misje, odczyty i spowiedzi, przez organizowanie i wizytowanie MI 2, a po powrocie lepiej poznają, co i jak należy w tej chwili dla tego kraju czy okolicy pisać. Ponadto ustnie też żywiej do serc przeniknąć zdołają” PMK 335 (t. 1, 493).
Sala szpitalna, pokój w internacie, przedział pociągu czy pokład statku, stawały się dla o. Maksymiliana miejscem przepowiadania. Wyjaśniał zagadnienia wiary, stawał w jej obronie – jeśli była taka potrzeba – a przy tym często ukazywał, że wiara jest rozumna, że do wiary prowadzi człowieka także obserwacja świata i wszystkich mechanizmów nim kierujących. Niejednokrotnie spotkania takie opisywał potem w Rycerzu Niepokalanej, dając w ten sposób czytelnikom możliwość uczestniczenia, a przede wszystkim skorzystania z zawartej w nich nauki.
Jako przykład przywołajmy artykuł RN 2 (1923) 5-7 zatytułowany: „Czy Bóg istnieje?”: „Będąc przez kilka dni w podróżny, często rozmawiałem o prawdach wiary z niedowiarkami i katolikami; niechaj więc choć kilka z tych rozmów «Rycerz» na swoich szpaltach powtórzy. [– Nie będę się w nich trzymał porządku czasu, ale raczej węzłem logiki je powiążę. Tych zaś, którzy brali w nich udział, bardzo proszę, by zechcieli zwrócić mi uwagę, jeżeli nie odtworzę dostatecznie wątku rozumowania]. Minęliśmy Przemyśl, a wagon kolejowy szybko unosił nas w stronę Krakowa. Przy oknie po obu stronach siedzieli młodzi ludzie. Jeden z nich artysta-malarz, portrecista i jak się okazało z rozmowy, izraelita. Rozmawialiśmy o celu człowieka i doszli do twierdzenia, że upodobnienie się do Boga, czyli chwała Boża zewnętrzna, jest właściwie tym celem, i stanowi jedynie całkowite szczęście stworzenia. Na jednej ze stacji wszedł między innymi do naszego przedziału jakiś inteligentny mężczyzna i usiadł naprzeciwko mnie; zaraz tez przyłączył się on do naszego kółka. – A czy my możemy wiedzieć, że Pan Bóg istnieje? – zagadnął. – I owszem. – W to chyba tylko może ktoś wierzyć; nikt bowiem nie potrafi udowodnić, że Pan Bóg istnieje. – Proszę pana, a ja panu to jasno udowodnię. – Mnie pod tym względem już nikt nie przekona. – Chyba że pan z góry odrzuci wszelkie rozumowanie. – Wcale nie. – Chciałabym i ja usłyszeć jasny na to dowód – wtrąciła siedząca obok pani. – Przepraszam panów, rzekłem, zwracając się ku siedzącym przy oknie, że powrócę do zagadnienia, które już omówiliśmy, by uczynić zadość życzeniom tych, którzy później wsiedli. – Prosimy bardzo. – Najpierw jednak, przepraszam, jakie pan posiada wykształcenie? – Uniwersyteckie, studiowałem prawo. – A filozofię może także? – Tego już nie; co zresztą ma filozofia do wiary? – Wiara musi być rozumna i tego właśnie dokonuje filozofia, zwłaszcza w zagadnieniu, czy Pan Bóg istnieje – a teraz muszę wiedzieć, w czym się wszyscy zgadzamy, bo od tego zacząć mi wypadnie, inaczej budowalibyśmy na niepewnym fundamencie. Więc zacznijmy: Czy pan istnieje? – Tak, ale ja jestem tylko częścią ziemi. – Proszę pana, później pomówimy o tym, czym my jesteśmy, a teraz tylko pytam, czy pan istnieje? – Tak jest. – A pani? – I ja to przyznaję. – A może kto z państwa sądzi inaczej? Wszyscy przytakują. – Więc nasze istnienie jest pewne. – Tego bym nie powiedział. – A dlaczego? – Bo my nic w ogóle na pewno wiedzieć nie możemy; co jedni twierdzą, temu przeczą inni. – Więc pan nie jest pewny, czy pan istnieje? – Ja jestem tylko cząstką materii we wszechświecie. – Nie chodzi mi o to – powtarzam – czym pan jest, lecz czy pan w ogóle istnieje, tj. czy pan jest czymś, czy też niczym. – Oczywiście, niczym nie jestem. – Na pewno? – Na pewno. – A ma pan zegarek? – Mam – odpowiedział sięgając do kieszeni. – Jest on pański? – Mój. – A na pewno? – Bez wątpienia. – Przepraszam, ale gdyby pan o tym wątpił, poprosiłbym o niego i schował do mojej kieszeni (obecni w śmiech). – Fałszywe więc jest pańskie założenie, że niczego z pewnością˛ wiedzieć nie możemy, bo przecież pan uważa własne istnienie jako pewnik i bynajmniej nie ma ochoty wątpić, że ten zegarek należy do pana. – A ja, czy istnieję? – ...Tak. – A ta pani, tamten pan i w ogóle wszyscy tu obecni? – Także. – I na pewno? – ...Na pewno. – Dlaczego pan to twierdzi? – Bo... oczy moje jasno mi o tym mówią. – A te pola, łąki, przesuwające się przed oknami wagonu, świat cały i gwiazdy nad naszymi głowami czy istnieją? – Także; w ogóle przyznaje˛ już, że to, co widzimy, istnieć musi; ale przecież Pana Boga nie widzimy. – Proszę pana, czy parowóz idzie na przodzie? – Oczywiście. – Na pewno? – Na pewno. – A czy pan go widzi? – Nie, lecz gdyby było inaczej, nasz wagon nie posuwałby się naprzód. – A więc pan już przyznaje, że nie tylko możemy poznać jakąś rzecz przez bezpośrednie widzenie, ale także ze skutku rozumem przejść do poznania względnej przyczyny – prawda? – Tak jest. – Cóż by pan pomyślał o człowieku, który by tak panu dowodził o swym zegarku: «Ten metal z okładki sam przypadkiem oderwał się w kopalni, sam dziwnym trafem przetopił się, przeczyścił i uformował wedle obecnego kształtu. Napis także przypadkiem na nim się wyrył. Szkiełko również przypadkiem się przetopiło i wyszlifowało. Także kółka same się zrobiły. I inne części składowe tego zegarka zupełnie przypadkiem się utworzyły, a następnie zespoliły w obecnym porządku i tak bez myśli ludzkiej, ani też ręki – przypadkowo całkiem – wskazuje on godziny». Gdyby ten człowiek zupełnie na serio tak twierdził, co by pan o nim powiedział? – Że cierpi chyba na zboczenie umysłu. – Otóż w przyrodzie mamy organizmy bez porównania misterniej zbudowane. Zapewne podziwiał pan, studiując anatomię, budowę choćby takiego oka ludzkiego. Ile tu różnych części, jak one delikatne i jak wspaniale służą do widzenia. Cała przyroda składa się z milionów i miliardów organizmów, które żyją, rozwijają się i rozmnażają. Czyby więc można twierdzić, że te cuda przyrody to przypadek? Mógłby kto powiedzieć: «Nie dzieje się to bez przyczyny» – prawda, ale te przyczyny mają jeszcze swoje przyczyny, a te także swoje przyczyny. Czy jednak w tej serii przyczyn, choćby nawet pchniętej w nieskończoność, musimy przyjąć jakąś pierwszą przyczynę? Przyczyny bowiem inne nie dają od siebie żadnych doskonałości, ale tylko podają to, co same otrzymały, a nam chodzi o twórcę doskonałości. – Musi być jakaś pierwsza przyczyna... i... to jest – Bóg. – Oczywiście. Na twarzy onego pana odbijał się pewien rodzaj zdziwienia, że sam dotąd do takiego wyniku nie przyszedł, być może, że nigdy przedtem nie rozmyślał nad tą prawdą. M[aksymilian] K[olbe]” PMK 932.
W pamiętniku o. Maksymiliana można znaleźć zabawną historię, kiedy to pewien człowiek początkowo z lekceważeniem traktował o. Kolbego, który podczas podróży pociągiem rozdawał „Rycerza Niepokalanej”, a zaproszony do rozmowy, najpierw był zaskoczony poziomem jego wykształcenia, o które zapytał, a potem – nie mogąc sprostać jego elokwencji – zrejterował niespodzianie, ale o. Kolbe postanowił mu nie odpuszczać: „Tymczasem mój prawnik otworzył drzwi wagonu i chociaż z tej strony nie było peronu, ale dość wysoki żelazny parkan, wysiadł. I ja za nim podążyłem, by zakończyć rozmowę, ale mój przeciwnik już zdążył wraz z robotnikami przesadzić ów parkan, czego już w habicie będąc dokazać nie potrafiłem i musiałem wrócić do wagonu i wysiąść na peronie” PMK 866 (t. 2, ss. 118n).
Historia z podróżą do Amtitz
Przepowiadanie było jego pasją i poświęcał mu każdy możliwy czas. W parze z głoszeniem Ewangelii szło u niego osobiste świadectwo życia ewangelicznego. Poświadcza to ks. Mieczysław Motyczko: „Zetknięcie z nim bardzo korzystnie działało na mnie, stanowczo więcej niż wysłuchiwanie jakiegoś kazania lub konferencji, bo u niego widziałem cnotę w praktyce, a nie w słowach”. To świadectwo dotyczyło zresztą nie tylko jego samego, ale rozciągało się na całe wspólnoty, którym przewodził. Liczne potwierdzenia znajdujemy w relacjach wielu osób, które odwiedzały Niepokalanów – zarówno polski, jak i japoński. Wizyta w tym drugim i napotkana tam atmosfera serdeczności i pokoju, zaowocowała nawróceniem i przyjęciem chrztu świętego w Kościele katolickim przez hinduskiego mistrza Nishidę.
Św. Maksymilian doskonale zdawał sobie sprawę, że postawę osobistego świadectwa trzeba kształtować, że ciągle należy sobie o niej przypominać, że wciąż potrzeba czerpać z tego źródła, którym jest sam Jezus Chrystus.
W takim duchu pisał z Rzymu do swego młodszego brata Alfonsa, wtedy kleryka franciszkańskiego seminarium w Krakowie: „Chwała Panu Bogu i cześć Niepokalanej za wszystkie łaski, które my niegodni otrzymujemy. Cieszy mnie bardzo, że czujesz zapał dla Bożej chwały, jest bowiem w naszych czasach największą zarazą obojętność, która nie tylko między świeckimi, ale także pomiędzy zakonnikami znajduje swoje ofiary, ma się rozumieć w rożnych stopniach. A przecież Pan Bóg jest godzien chwały i to nieskończonej. My biedne skończone stworzenia, nie mogąc Mu dać tak wielkiej chwały, jak tego jest godzien, starajmy się przynajmniej o ile możemy, jak najwięcej do Bożej chwały się przyczynić. – Jak to już wiesz (szczególnie z etyki) chwała Boża polega (est realiter idem) na zbawieniu dusz; zbawienie więc i uświęcenie jak najdoskonalsze jak najwięcej tych dusz, co P[an] Jezus tak drogo swą śmiercią na krzyżu odkupił (rozpocząwszy od własnej) jest naszym wzniosłym ideałem życia i to, aby przez to jak najwięcej przyjemności sprawić Przen[ajświętszemu] Sercu P[ana] Jezusa. (…) Najpiękniejszą i najprawdziwszą księgą, gdzie można bez końca zgłębiać tę miłość, aby ją naśladować, jest Ukrzyżowany. – Wszystko zaś o wiele łatwiej uzyskamy od Boga przez Niepokalaną” PMK 24 (t. 1, s. 60).
Jak widać, w tym przypadku wskazuje konkretny sposób rozwiązania problemów zakonu i świata. Jest nim apostolstwo. Dochodzi do tych samych wniosków co św. Franciszek, który w głoszeniu słowa znalazł receptę na problemy współczesnego mu świata. Przepowiadaniu ma jednak towarzyszyć również osobista świętość.
Budowanie świętości, a ściślej: uświęcenie, jest zadaniem indywidualnym zakonników i nie tylko, ale też nie jedynym zadaniem. Istotna jest bowiem także pomoc w uświęcaniu innych, w którym osobisty przykład i zaangażowanie odgrywa niebagatelną rolę. Jest to również cel działania Rycerstwa i zadanie tych, którzy przez powołanie należą do Niepokalanej. Tak pisał o. Kolbe „…jako zakonnicy mamy prawo i obowiązek przebywać w klasztorze i wspólnie przez doskonałe praktykowanie ślubów zakonnych i sami się uświęcać, i innych do uświęcenia pociągać” PMK 777 (t. 1, s. 1051). Z wielkim zapałem, a wręcz z naglącym przypomnieniem wagi tego zadania, pisze w liście do o. Kornelego Czupryka, ówczesnego prowincjała: „Teraz, gdy duch zły nie czeka, ale planowo i szybko działa, nie możemy z jakichkolwiek powodów przystanąć: chodzi tu bowiem o dusze, o zdobycie całego świata i każdej duszy z osobna Niepokalanej, o uświęcenie wszystkich dusz przez Niepokalaną aż do końca świata, a szkoda i jednej duszy: za poważna więc sprawa. […] Przez 7 wieków walczyliśmy o uznanie prawdy Niepokalanego Poczęcia i walka ta została uwieńczona ogłoszeniem dogmatu i objawieniem Niepokalanej w Lourdes, teraz kolej na drugą część historii: posianie tej prawdy w duszach, dopilnowanie rozrostu i przyniesienie owocu świętości. I to we wszystkich duszach, które są i będą aż do skończenia świata” PMK 431 (t. 1, s. 623).
O. Maksymilian w historii zakonu odnajdywał wybitnych braci, którzy mogą być wzorem, jak przeżywać swoje powołanie franciszkańskie. Dlatego zabiegał o popularyzowanie ich sylwetek, a także o rozwój kultu, wielu z tych, którzy z czasem byli stopniowo zapominani. Pisał do prowincjała: „Może są to utopie młodej fantazji, ale mi się zdaje, że w ten sposób [przez ustanowienie odpowiednich postulatorów – przyp. PB] sprawy naszych Sług Bożych posuwałyby się szybko naprzód (o ile to będzie Bożą Wolą), a kto wie, ile szczerych powołań rozbudziłby rozgłos ich cnót i czci wśród polskiej młodzieży. – A może by N. O. Prowincjał, jeżeli to uważa za stosowne, wspomniał o tym na kapitule?” PMK 48 (t.1, s. 142).
Także wśród osób sobie współczesnych widział takie postacie. Wyjątkową osobą był dla niego o. Wenanty Katarzyniec. W liście do brata Alfonsa Kolbego zanotował: „Pisał mi O. Magister z Krakowa, że o. Wenanty umarł. Sądzę, że wszyscy widzą w Nim zakonnika wzorowego. Dlatego nie będzie od rzeczy pozbierać trochę świadectw (dokumentów) i jeżeli N[ajprzewielebniejszy] O. Prowincjał na to pozwoli, skreślić biografię zmarłego, zwłaszcza że ludzie świeccy mają nieraz najdziwaczniejsze pojęcia o tym, co się dzieje «za furtą klasztorną», a i nie brak takich, którzy myślą, że w praktyce zakonnicy nie zachowują tego, co ich przepisy nakazują, bo to – jest niemożliwe. Taka więc biografijka rozjaśniłaby wiele umysłów i rozbudziła kto wie, ile powołań uśpionych” PMK 44 (t.1, s. 135).
O. Maksymilian był świadomy, że tak, jak zakonnik codziennie potrzebuje nawrócenia, tak i zakon ciągle wymaga odnowy. Dlatego po powrocie do prowincji był tym żywo zainteresowany i mocno popierał dążenie do reformy i podniesienia ducha zakonnego, m.in. przez przygotowanie nowych konstytucji zakonnych i przez podniesienie poziomu studiów w zakonie. Św. Maksymilian – wspólnie z o. Kornelim Czuprykiem – ułożył program odnowy zakonu. Por. PMK 950 (t. 2, ss. 301n). Ciekawe, że nie ma tam żadnych zaleceń strukturalnych, ale wszystkie cele są do realizacji przez pojedynczego zakonnika. Znowu słyszymy echo św. Franciszka. Nawrócenie świata zaczyna się od siebie. Reforma zakonu rozpoczyna się od decyzji zreformowania życia przez pojedynczego zakonnika.
O. Maksymilian Kolbe zdawał sobie także doskonale sprawę, jaką rolę odgrywał on sam w kwestii formacji braci. Odnośnie do nich, czuł się odpowiedzialny nie tylko za ich życie doczesne, ale również wieczne. Wzruszający jest fragment jego listu do braci: „Moje Drogie Dzieci! Dla miłości Niepokalanej wyrzekłem się rodziny i dzieci wedle ciała, a Niepokalana, która nigdy nie da się prześcignąć we wspaniałomyślności, dała mi bardzo liczne dzieci, bo Was wszystkich, którzyście oddali całe życie swoje i wieczność Niepokalanej, za dzieci duchowe i uczyniła mnie Waszym duchowym ojcem. I wierzajcie mi – dała mi Ona taką tkliwość miłości względem Was wszystkich (czy w Japonii, czy w Polsce), jaką jest naprawdę tkliwość ojca i tkliwość matki względem ukochanego dziecka swego. – I jest to w myśl także ducha pierwszych wieków naszego Zakonu, kiedy przełożonego nazywano matką. Ale przyznacie zaraz, że nie byłbym prawdziwym duchownym Waszym ojcem, moje Drogie Dzieci, gdybym przede wszystkim i nade wszystko nie dbał o dusze Wasze” PMK 290b (t.1, s. 420n).
Wyjątkowym czasem świadectwa dla św. Maksymiliana był pobyt w KL Auschwitz, który swoje apogeum osiągnął w wydarzeniach na placu apelowym w ostatnich dniach lipca 1941 r. Nie ma potrzeby opisywać tutaj całego zdarzenia. Istotnym jest podkreślenie, że jego postawa wstrząsnęła nie tylko współwięźniami, ale także esesmanami. O. Kolbe poszedł do bunkra nie tylko za tego jednego ocalałego, on poszedł jako kapłan nie tylko dla pozostałych dziewięciu, którym służył do samego końca, ale także, aby ocalić człowieczeństwo w tych, którzy pozostali na placu apelowym. Więzień Jerzy Bielecki tak potwierdza moc tego świadectwa: „Mówienie o tym, że Maksymilian umarł za jednego z nas lub jego rodziny, jest co najmniej uproszczeniem sprawy. Ta śmierć była ratunkiem dla tysięcy ludzi i na tym polega wielkość tej śmierci”. Inny więzień, Michał Micherdziński, powiedział: „W Auschwitz dostąpiłem ogromnej łaski, z o. Maksymilianem przebywałem w jednym bloku, stałem z nim w jednym szeregu w czasie selekcji na śmierć. Byłem naocznym świadkiem jego heroicznej ofiary, która mi i innym więźniom przywróciła nadzieję”.
Jak pisze Łukasz Gora w swojej pracy o środkach apostolskich św. Maksymiliana Kolbego, moment, w którym Maksymilian zgłosił się zamiast współwięźnia do celi głodowej, zapoczątkował wielkie świadectwo życia, które powoli przechodziło w świadectwo śmierci. Wspomniany Micherdziński dodaje: „Niemcy pozwolili Gajowniczkowi wrócić do szeregu, a o. Maksymilian zajął jego miejsce. Skazańcy musieli zdjąć drewniaki, były im już niepotrzebne. Drzwi bunkra głodowego otwierane były tylko po to, by wynieść zwłoki. O. Maksymilian szedł w ostatniej parze, pomagał jeszcze iść innemu więźniowi. W zasadzie był to ich własny pogrzeb, jeszcze przed śmiercią. Przed blokiem kazano im ściągnąć pasiaki i wtrącono od celi o powierzchni ośmiu metrów kwadratowych”.
Wyobrażając sobie o. Kolbego, nagiego w Auschwitz, umierającego w bunkrze głodowym Bloku 11, nie sposób nie pobiec myślą do Porcjunkuli, do momentu transitusu św. Franciszka i nie zauważyć jak o. Maksymilian stał się podobny do swego duchowego ojca – i w życiu apostolskim, i w godzinie śmierci.
Moc świadectwa obu tych Bożych ludzi była tak wielka, że nie ustała po ich śmierci. Tak wielu odwoływało się do ich doświadczeń i brało sobie za wzór, że ostatecznie obydwaj zostali wyniesieni do chwały ołtarzy.
Dlaczego Kościół ogłasza niektóre osoby świętymi i błogosławionymi? Po co święci? Jest wiele powodów, dla których Kościół wynosi niektóre spośród swoich dzieci do chwały ołtarzy. Warto przypomnieć te z nich, które podpowiada nam liturgia.
Prefacja o świętych mówi: „W zgromadzeniu Świętych jaśnieje Twoja chwała, bo dzięki Twojej łasce zdobyli zasługi, które nagradzasz. W ich życiu ukazujesz nam wzór postępowania, przez ich wstawiennictwo udzielasz nam pomocy, a we wspólnocie z nimi dajesz nam obiecane dziedzictwo”.
Prefacja o pasterzach: „Z radością oddajemy cześć świętemu N., którego dałeś swojemu ludowi, jako gorliwego pasterza. Jego przykład umacnia nas w dobrym życiu, jego słowa nas pouczają, a jego wstawiennictwo wyprasza nam Twoją opiekę”.
Czy św. Franciszek i św. Maksymilian mają coś do powiedzenia naszej epoce, współczesnym ludziom? Odwołajmy się znów do świadectwa św. Jana Pawła II. W krótkim czasie po wyborze na Stolicą Piotrową udał się do Asyżu, gdzie modlił się przy grobie św. Franciszka: „Ty tak bardzo przybliżyłeś Chrystusa swojej epoce, pomóż nam przybliżyć Chrystusa naszym trudnym i krytycznym czasom. Wspieraj nas! Czasy dzisiejsze oczekują Chrystusa z wielką tęsknotą, choć wielu nam współczesnych nie zdaje sobie z tego sprawy. Święty Franciszku z Asyżu! Pomóż nam przybliżyć Chrystusa Kościołowi i dzisiejszemu światu! Ty, który nosiłeś w swoich sercu zmienne koleje losu ludzi Tobie współczesnych, wspieraj nas, abyśmy sercem, bliskim Sercu Odkupiciela, objęli sprawy ludzi naszej epoki, trudne problemy społeczne, ekonomiczne, polityczne, problemy kultury i cywilizacji współczesnej, wszystkie cierpienia, napięcia, kompleksy, niepokoje. Pomóż nam przełożyć to wszystko na prosty i przynoszący owoc język Ewangelii. Pomóż nam rozwiązać te wszystkie problemy kluczem Ewangelii, aby Chrystus Sam mógł być dla człowieka naszych czasów Drogą, Prawda i Życiem. Amen”.
Św. Maksymiliana nazwał zaś patronem naszych trudnych czasów. Na czym ten patronat polega, wyjaśnił o. Jarosław Zachariasz w homilii wygłoszonej podczas Mszy świętej w KL Auchwitz przy 11 bloku w 70. rocznicę śmierci o. Kolbego. „Maksymilian uratował jednego zwykłego człowieka, ale tą ofiarą przeprowadził ludzkość przez próg wieku ideologii, utopii, rozwiązań globalnych w epokę, która stała się poszukiwaniem pojedynczego człowieka”.
Nie tylko więc możemy, ale wręcz powinniśmy sięgać do ich przykładu – zarówno w ewangelizacji, jak i osobistym uświęceniu. Czyniąc to, należy mieć świadomość, że Franciszek i Maksymilian przeżywali swój charyzmat, swoje powołanie, w określonym momencie dziejów i w szczególnym kontekście historycznym, socjalnym, kulturowym i religijnym. Franciszek i Maksymilian żyli w świecie chrześcijańskim, który dzisiaj już nie istnieje. Z drugiej strony natura i tęsknoty człowieka pozostały te same. A człowiek – zwłaszcza dzisiaj – zamykając się w wirtualnej rzeczywistości, tak bardzo potrzebuje drugiego, który byłby mu bliski, i który – poprzez bezpośredni, osobisty kontakt – okazałby mu miłość. Tę, która nie jest kochana, tę która jednak jest twórcza.
o. dr Piotr Bielenin OFMConv








