• Nasze książki dostępne w sklepie wydawnictwa Bratni Zew

  • Medalik z błogosławieństwem św. Franciszka

YouTube facebook

Piękny film o bożym kuglarzu

Nasze zapowiadane filmowe spotkania ze świętym Franciszkiem zaczynamy od obrazu „Franciszek – kuglarz boży” w reżyserii Roberto Rosselliniego z 1950 r. Świąteczne popołudnie może być dobrą okazją do lektury oraz do obejrzenia ciekawego filmu.


Święty Franciszek jest na tyle dobrze „zapoznaną” postacią w kulturze europejskiej, że każdą kolejną, artystyczną próbę zmierzenia się z jego osobą należy traktować jako prawdziwe wyzwanie. Coraz gęściej powstający na pierwotnym obrazie Asyżanina palimpsest emocjonalnych, subiektywnych, a przez to i zróżnicowanych poglądów, sprawia bowiem, że aby dopowiedzieć coś istotnie wartościowego, nadbudować kolejną, atrakcyjną warstwę, trzeba wykazać się albo rozległą, wręcz przełomową wiedzą historyczną, albo głęboką wrażliwością. Wszak kinematografia, literatura czy sztuka sensu largo franciszkańska (powstała na bazie pism źródłowych), bądź też twórczość związana pośrednio z postacią Franciszka, stanowią pokaźny i nasycony treściowo rezerwuar. Reżyser Francesco, giullare di Dio, Roberto Rossellini, a także współpracujący z nim scenarzyści (m.in. Federico Fellini) w swojej wspólnej, powojennej produkcji (1950) bez wątpienia stawiają na drugą, twórczą możliwość podejścia do tematu. Udowadniają to już samym wyborem tytułu (w polskim tłumaczeniu Franciszek – kuglarz boży), ale i decyzją o prowadzeniu narracji nie historycznej, ale fabularnej, opartej na Kwiatkach świętego Franciszka z Asyżu, oraz artystycznej czy też religijnej.

Te dwa ostatnie epitety najbardziej oddają klimat pierwszych ujęć prezentowanych w filmie – akcja rozpoczyna się od Il cantico delle creature, a także fragmentu o nieprzewidywalnym, paradoksalnym zamyśle Bożym z Listu do Koryntian (1Kor 1,27-29[1]). Oba teksty przy delikatnym akompaniamencie muzyki Renza Rosselliniego (brata reżysera, muzyka bardziej znanego z kompozycji do Orient Expressu) oraz śpiewu chorałowego, stanowią motto a zarazem ideowy skrót całości. Najbardziej wybijającymi się cechami Franciszka – kuglarza bożego, które naznaczają akcję od samego początku, są bowiem kojący spokój, pogodność, łagodność, a zarazem aura tajemniczej, głębokiej radości. I tak też zaprezentowani zostają pierwsi bracia franciszkanie – bohaterowie filmu, którzy, jak w pierwszych minutach akcji opisuje auktorialny narrator, właśnie powracają z Rzymu i zmierzają do Rivotorto – swojej pierwszej, wspólnotowej siedziby. Nietrudno wśród kilku braci w podziurawionych, zabłoconych habitach, rozpoznać tego, który jest ich fabularnym, duchowym przewodnikiem. Aktor-protagonista Nazario Gerardi, będący równocześnie (jak większość aktorów występujących w roli braci w Francesco, giullare di Dio) zakonnikiem, przykuwa uwagę widza niesamowitym spokojem, a wręcz surowością czy też ascetycznością, powściągliwością w stosowaniu gestów, mimiki, dynamiki wypowiedzi. Równie stateczny co Gerardi, obiektyw kamery także nie zostawia wątpliwości, czyj przekaz jest w danym momencie najistotniejszy i na kim w filmie spoczywa całe ideowe, „słodkie” brzemię. W tym zabiegu uciążliwego podkreślenia prymatu protagonisty nie ma jednak naiwności czy infantylnego potraktowania odbiorców, o co oskarżyła Rosselliniego krytyka (przede wszystkim Luigi Chiarini w Bianco e Nero) wytykająca także śmieszną, niezmordowaną bieganinę braci oraz ich mierną grę aktorską. Franciszek – kuglarz boży nie miał być i nie jest wszakże „klasyczną” produkcją optującą za zaskakującymi zwrotami akcji, dynamicznymi ujęciami, choć i takich w filmie nie brakuje. Godna podkreślenia i wiele wyjaśniająca jest przecież niemożliwa do zaakceptowania w dzisiejszej technice reżyserskiej liczba petryfikacji kamery, a co za tym idzie – radykalnego zintensyfikowania chwil, najczęściej tych przełomowych dla życia Franciszka i jego braci. Prawdziwą metanoię w przypadku Asyżanina pokazuje reżyser w scenie głębokiej modlitwy Franciszka i czułego, przełamującego wstręt spotkania z trędowatym, która trwa kilka minut(!), zaś w odniesieniu do braci – w momencie nawrócenia Nicolao pod wpływem wspominanego wcześniej, irytującego wręcz (s)pokoju brata Ginepra, wielokrotnie przejmującego rolę pierwszoplanową. Warto przy tym dodać, że zaskakująca decyzja scenarzystów o poświęceniu temu równie inspirującemu co tytułowa postać bohaterowi wielu metrów taśmy filmowej, nie jest bez znaczenia. Pokazuje ona wszakże „żywość”, uniwersalność, powszechność myśli franciszkańskiej i motywuje jej szybką i dynamiczną fuzję – Franciszek nie działał sam i jego duchowego testamentu nie należy odczytywać w izolacji, ale przez pryzmat najbliższej wspólnoty, bez której w ostatnich latach, jakie nie pojawiają się w filmie (akcja kończy się opuszczeniem przez braci siedziby u Matki Bożej od Aniołów i rozesłaniem ich przez Franciszka, po czym następuje śpiew Te Deum), nie mógłby działać.

Rola braterskiej radości w przeżywaniu wspólnoty jest właśnie tym aspektem, który stanowi sedno „kuglarstwa”, komizmu będącego według Rosselliniego sine qua non obrazu pierwszej rodziny franciszkańskiej. Humor Franciszka – kuglarza bożego jest bardzo wyrafinowany w swej prostocie, a wręcz ewangelicznej „prostaczkowatości”. Postaci wykreowane przez aktorów-amatorów, a więc brata Ginepra czy brata Giovanniego rzucają wyzwanie przesyconemu wrażeniami widzowi i wzbudzają w nim zapomniane pokłady prymitywnej (w sensie neutralnym) radości wynikającej z codziennych przygód. Wypada się zatem zgodzić z Christopherem Garbowskim, który uznaje film za „prób[ę] zaproponowania nadziei współczesnemu człowiekowi, wciąż jeszcze zranionemu na ciele i duszy przez ogromną tragedię II wojny światowej”[2]. Prawdą jest, także iż „Rossellini zbliża się wprost do tematyki religijnej, oczyszczając swe podejście ze wszelkiej formy intelektualizmu czy spekulacji filozoficznej: obezwładniające świadectwo prostoty życia zaproponowanego przez Franciszka […] ma być rewolucyjną odpowiedzią na fundamentalne pytania egzystencji”[3]. Bodaj najlepszym świadectwem takiego kierunku myśli reżysera jest wszakże przypisane braciom i powtarzane z uporem „błogosławienie” każdej rzeczy i czynności poprzez opatrywanie ich epitetem „piękny”. To, co pierwotnie może drażnić odbiorcę („piękny habit”, „piękny deszcz”, „piękna świnia”, „piękna kaplica”, „piękna siostra Klara”), z czasem staje się bowiem jednym z najgłębszych, najmniej oczywistych refrenów, najprostszym hymnem pochwalnym, w który stopniowo i sukcesywnie włącza się serce widza. Efekt tej powściągliwości w dawkowaniu wrażeń oraz krystaliczności wypowiedzi postaci udowadnia, że aby w trybie kinowym zachwycić postacią świętego Franciszka, nie trzeba sięgać po sceny (obiektywnie) najistotniejsze, jak stygmatyzacja na Górze Alwerni, wizyta u papieża. Rossellini wyrzeka się bowiem wartościowania momentów z życiorysu mistyka i niemal przekornie wybiera te najpokorniejsze, pozornie najmniej atrakcyjne czy wręcz kuriozalne (o gotowaniu zupy na piętnaście dni, o kradzieży wieprzowej nóżki), jedenaście Kwiatków[4].

W ten właśnie sposób zyskujemy film, projekt artystyczny, dalece nieoczywistą wypowiedź artystyczną, zagadkę wypowiedzianą przez dojrzałego reżysera będącego u szczytu kariery, tuż po ukazaniu się jego najbardziej docenionych produkcji z ducha włoskiego neorealizmu (Germania anni zero, Paisà). Francesco, giullare di Dio z wieloma scenami całkowitej ciszy, prostolinijnością obrazów odtworzonych przez aktorów-amatorów z udziałem zwierząt stanowi zaskakujące zwieńczenie kinematografii włoskiej lat 50. Skoro wówczas był on próbą zatrzymania wrażeń zagubionego, niespokojnego widza i pokojową odpowiedzią na trudne, niespokojne czasy, równie dobrze i dzisiaj może stanowić wyzwanie, apel do wyobraźni widza i, być może, jeszcze bardziej aktualne przesłanie pokoju. Czy jako współcześni, wykształceni, obeznani, kosmopolityczni odbiorcy jesteśmy w stanie sobie poradzić z tym „infantylnym”, „prostaczkowym” filmem? Czy nie doszło do tego, że ów najprostszy przekaz staje się dla widza XXI wieku tym najtrudniejszym, niemożliwym do zaakceptowania i zrozumienia? Jeśli istotnie tak jest, to jedynym antidotum jest powrót do prostej w formie, a głębokiej w treści franciszkańskiej radości, której Rossellini poświęcił swój „utwór” – bo chyba to najtrafniejsze genus proximum jego wyjątkowej produkcji.
br. Marcin Sarna





[1] Por. „Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć;i to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone, i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by to co jest, unicestwić,tak by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga”.
[2] Ch. Garbowski, Franciszek – kuglarz boży, w: Światowa encyklopedia filmu religijnego, red. M. Lis, A. Garbicz, Kraków 2007, s. 162.
[3] Tamże.
[4] Warto na marginesie zaznaczyć, że liczba użytych Kwiatków stała się dla tłumaczy francuskich kluczem kwestią zasadniczą – tytuł francuski Francesca… to Les Onzes Fioretti de François d’Assise).

stat4u PageRank Checking Icon