• Szkoła Duchowości Franciszkańskiej 2020/2021

  • Medalik z błogosławieństwem św. Franciszka

  • Nasze książki dostępne w sklepie wydawnictwa Bratni Zew

YouTube facebook

Wierszem o św. Franciszku

Przywykliśmy do zapisanych prozą żywotów św. Franciszka autorstwa Tomasza z Celano czy Bonawentury. Dziś przypominamy, że istnieje także życiorys Franciszka pisany… wierszem. Jego autorem jest Henryk z Avranches, który w przeciwieństwie do innych biografów najstarszych żywotów, nie był franciszkaninem.


Urodził się pomiędzy 1190 a 1200 r. w Avranches w północnej Francji. Nie wiadomo, gdzie uzyskał wykształcenie i jakie, ale posiadał tytuł magistra i potrafił tworzyć łacińskie utwory poetyckie, które odpowiadały wymogom ówczesnej wersyfikacji.

„Legenda wierszowana o św. Franciszku” jest treściowo zależna od „Życiorysu pierwszego” Tomasza z Celano. Retoryka poetycka jest bardzo rozbudowana, miejscami aż przesadna, co nadaje utworowi charakter dostojeństwa, a nawet pewnej pompatyczności.

Dziś zapraszamy do lektury fragmentu opowiadającego o tym jak św. Franciszek przy pomocy modlitwy zwołał braci rozsypanych po całym świecie, ułożył regułę i zaniósł ją do papieża, by ten zatwierdził dokument.

Kiedy Franciszek uczy tych słusznych nakazów
opierania się wadom i dusz wystawiania
na słowa rozkazania, wtedy sześciu braci
wyrusza na trzy strony świata, po dwóch idą.
Franciszek błogosławi im i sam odchodzi
rad w czwartą stronę z jednym zaledwie żołnierzem.
Któż wyliczy te walki, w których, wyruszywszy
w różne strony, deptali stopami cnót szyje
wad i ścierali głowę spotkanego wszędzie
węża, co ciągnął wszystkich na śmierć sznurem grzechu?
Lecz Franciszek ukochał ich świeżą miłością
i ciężko znosił taką długą nieobecność,
prosi więc, by Ten, który uczniów rozproszonych
we cztery strony świata razem był zgromadził
na pogrzeb Matki, także teraz tych zgromadził,
co byli rozproszeni. A te prośby męża
wzruszyły Boga; oto bowiem równocześnie
wszyscy naraz wracają, chociaż bez nakazu,
Duch Święty ich gromadzi w jednym wspólnym miejscu,
choć byli oddaleni w różnych stronach świata.

Nie mogą się nadziwić, jaka to przyczyna
skłoniła ich do tego, by nagle wracali.
I samego Franciszka w zdumienie wprowadza
skutek, który on sprawił tą swoją modlitwą.
Cieszą się więc, że mogą wzajemnie się widzieć,
on ich, a oni jego i opowiadają,
co przeżyli, wędrując tam oraz z powrotem.

Zazdroszcząc tych pokarmów nieszkodliwych oraz
niczym niezakłóconych duchowych radości
braci, przychodzą czterej inni, którzy pod tym
samym wodzem chwytając broń i odmawiając
pójścia za szkodliwymi pochlebstwami świata,
wypowiadają wojny złym Furiom i każą,
by zamilczało głupie ciało ludzkie.

Gdy Franciszek z tyloma więc towarzyszami
apostolskiego liczbę dopełnia senatu,
wieść się roznosi i są tacy, którzy mówią,
że nastają już czasy ostateczne świata,
którego koniec Zakon przepowie, o którym
nie słyszano. Lecz serce Franciszka radości
rozszerzają, kiedy to każdy wstępujący
staje, by wypowiedzieć wojnę wszelkim wadom;
nie stoi na przeszkodzie żaden stan, bogactwo,
wiek: każdy przychodzący jest tam przyjmowany
bez wyboru, zły, dobry, wysoki i niski,
wieśniak i żołnierz, czy to niski pochodzeniem,
czy szlachetnie zrodzony, kleryk jak i świecki,
prostak i wykształcony, ubogi, bogaty,
niewolnik oraz wolny, zdrowy jak i chory;
z ojcowskim ich uczuciem Franciszek przyjmuje.
Pociągają ich jego nauki i przykład
życia nienagannego dający powagę.

Aby po krętych drogach ta jego nauka
nie błądziła, więc braciom tam wówczas obecnym
postanawia, a z tego aby też dla przyszłych
była wskazówka, co i jak powinni czynić,
układa im na piśmie, co nakazał czynić
i uczy ich słowami świętej Ewangelii,
że tak to być powinno. Żeby zaś nie zdał się
nierozważnym Zakonu twórcą, o którym to
nie słyszano, i jakby o sobie myślącym
nazbyt wysoko, przeto cokolwiek dyktuje,
chce uwiecznić to wszystko apostolskim pismem.

A ponieważ tym światem, który jest szkodliwy,
rządzi najchwalebniejszy Ojciec, co zasłużył
na to, by miano miał najpożyteczniejszego
ojca Kościoła, który depcze te wyniosłe
rzeczy, a zaś podnosi to, co poniżone,
który cieniem imienia przestraszył był królów,
świat poddał Kościołowi, a zaś miecz Cezara
poskromił mieczem Piotra, godny więc wspomnienia
na wieki; Franciszkowi wielce się podoba
kroczyć za przewodnictwem tak wielkiego ojca
i jego radą w wyżej opisanych sprawach;
aby więc autentyczna powaga przepisów
zbiór uwieczniła, zatem wyrusza do Rzymu,
mając zamiar, by prosić wspomnianego ojca,
aby ten nowy Zakon, który miał rozszerzać,
uzyskał Apostolskiej Stolicy przychylność.

Podejmując tę podróż bierze więc niektórych
spomiędzy swoich braci jako towarzyszy.
A gdy wchodzą do Miasta, obecny tam święty
biskup Asyżu, mąż co miał na imię Gwidon,
pyta, jaka przyczyna zobaczenia Rzymu
skłoniła ich, a skoro poznał tę przyczynę,
to mu się podobała: obawiał się bowiem,
żeby nie szykowali się do przeniesienia;
dał im też swoją radę, jak prowadzić sprawy.

Potem ojciec Sabiński, wielce przewielebny
biskup Jan od Świętego Pawła, od niego to
nikogo z tylu wielkich i z dobrych większego
lub lepszego nie miała wtedy Kuria Rzymska,
łaskawie ich umacnia, z godnością przyjmuje,
uprzejmie podejmuje, wdzięczną czcią otacza.
Lecz bojąc się, ażeby przypadkiem po ludzku
nie upadli, przez co by ta nowość Zakonu
zniszczała oraz zapał uchodząc w powietrze
zanikłby, więc się stara zaradzić, ażeby
ku zarazie naszego wieku nie zbaczali,
owszem, niech do ukrycia klasztoru wstępują
lub pustelni. Franciszek na to odpowiada:
„Cóż, wielki mężu, panie tak wielce czcigodny,
radzisz, by do klasztorów przystać lub pustelni
tym, co publicznej świata sprawie są potrzebni?
Chcesz od nas, a chcesz raczej dla strzeżenia braci,
żebyśmy zaniechali nieść lek uzdrowienia
na te zarazy świata, a pragnęli tylko
siebie ocalić? Wszak jest zbrodnią, by przenosić
nad powszechne jedynie własne ocalenie;
ale naprawiać winnych, schodzić do upadłych,
oto jest moja praca, to krzyż, który dźwigam;
w taki sposób Chrystusa pragnę naśladować,
a że inaczej nie da się Go naśladować,
to zauważam w samych słowach Ewangelii”.

Jan, poruszony takim zapałem Franciszka,
wiedzie go przed oblicze papieża, którego
rady pragnął zasięgnąć. Bracia towarzyszą,
gdy idzie do papieża. A kiedy przedstawił
odpowiednio przyczyny swojego przybycia,
łatwo idzie naprzeciw przychylność papieża;
wszystkiego mu udziela w myśl jego życzenia
i nie niesie mu żadnej w ogóle odmowy.

Kiedy już uprosili, cokolwiek uznali
za konieczne, by prosić, pozostało odejść,
i papież im pozwala, ażeby odeszli,
błogosławi, zlecając, aby podążali
tam, dokąd iść zaczęli i po wszystkich ziemiach
rozgłaszali naukę Chrystusa, a tych, co
odmęt wad ich pochłania, by ich ratowali
cnót okrętem.

stat4u PageRank Checking Icon